Connect with us

Publicystyka filmowa

10 dowodów na to, że THOR: MIŁOŚĆ I GROM to NAJLEPSZY FILM MARVELA

Taika Waititi zbiera gromy za swój nowy film, tymczasem „Thor 4” to dzieło wyjątkowe, które śmiało można nazwać szczytowym osiągnięciem MCU. Dowody? Proszę bardzo!

Published

on

Thor: Miłość i grom jest obecnie czwartym najgorzej ocenianym filmem Kinowego Uniwersum Marvela. Z wynikiem 68% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes plasuje się jedynie nad niedocenianym Eternals, nijakim Incredible Hulkiem i znienawidzonym Thorem: Mrocznym światem. Krytycy, którym najnowszy film MCU nie przypadł do gustu, zarzucają mu chaotyczność, kiczowatość i głupkowate żarty – wszystko to, za co kilka lat temu (używając nieco innych słów) wychwalali Thora: Ragnarok. I to, za co fani kochają Taikę Waititiego.

To prawda, że poprzednia odsłona przygód gromowładnego Asgardczyka była znacznie silniejszym powiewem świeżości. Znany wówczas tylko wąskiej grupie kinomanów Nowozelandczyk dokonał rewolucji w Kinowym Uniwersum Marvela, realizując autoironiczną komedię, w której boski superheros przeszedł totalną metamorfozę i – paradoksalnie – po raz pierwszy stał się postacią, którą da się traktować poważnie. Nie było więc szans na osiągnięcie takiego samego efektu po raz drugi. Próbując odtworzyć sukces Ragnaroku, Waititi mógł stworzyć jedynie film wtórny. Zdecydował się jednak na odważny miks gatunkowy, puścił wodze fantazji i odkręcił kurek z wrażliwością, czyniąc Miłość i grom filmem niepowtarzalnym, który można pokochać albo znienawidzić. Poniżej znajdziecie 10 dowodów na to, że zasługuje na to pierwsze.

Advertisement

PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOILERY. Jeśli nie widzieliście jeszcze nowego dzieła Waititiego, sięgnijcie po recenzję filmu Thor: Miłość i grom, w której nie zdradzamy szczegółów fabuły.

1. Fenomenalna obsada pod batutą oscarowego twórcy

Marvel Studios stworzyło własny gwiazdozbiór, decydując się na zatrudnienie mało znanych aktorów do ról swoich największych superherosów. W pierwszym składzie Avengers najbardziej imponujący dorobek artystyczny mieli Robert Downey Jr. i Scarlett Johansson, a i oni nie należeli wówczas do śmietanki Hollywood. Nie brakowało oczywiście wielkich nazwisk w rolach epizodycznych, a gdy filmy MCU urosły do rangi fenomenu popkultury, zaczęło pojawiać się ich coraz więcej.

Advertisement

Dziś nikogo nie dziwi, że na udział w produkcjach superbohaterskich decydują się Anthony Hopkins czy Tilda Swinton. Jednak nawet w tych okolicznościach Miłość i grom należy uznać za prawdziwy fenomen. Obok Chrisa Hemswortha, który z każdym kolejnym filmem coraz dobitniej dowodzi, że urodził się po to, by grać Thora, w głównych rolach występują tu nagrodzeni Oscarami Natalie Portman i Christian Bale oraz nominowana do nagrody BAFTA Tessa Thompson.

W filmie pojawiają się też uhonorowani Nagrodą Akademii Russell Crowe i Matt Damon. Wszystko, co najlepsze, wyciska z nich natomiast Taika Waititi, który jest jednym z nielicznych reżyserów współpracujących z Marvel Studios, mających na swoim koncie Oscara (za scenariusz do filmu Jojo Rabbit). A to czyni z Miłości i gromu jeden z najbardziej prestiżowych projektów MCU.

Advertisement

thor love and thunder recenzja

2. Intertekstualność, która wykracza poza komiksowe ramy

Każdy film Marvela naszpikowany jest odniesieniami do komiksów i skrywa w sobie mnóstwo easter eggów, które są w stanie wyłapać tylko fani Domu Pomysłów. Nie inaczej jest w Miłości i gromie, gdzie dodatkowo odtworzono kilka charakterystycznych grafik z komiksu o Bogobójcy. Intertekstualność nowego filmu o Thorze wykracza jednak poza ramy MCU. Nie ogranicza się też, jak w Eternals, do wspominania Supermana w rozmowach bohaterów. Waititi czerpie z bogactwa mitologii z różnych stron świata, puszcza oczko do fanów swoich pierwszych dzieł, nawiązuje do Dwayne’a Johnsona, Jean’a-Claude’a Van Damme’a, Obcego, Matrixa, Gry o tron, a nawet do Podróży na księżyc Georgesa Meliesa. Przede wszystkim zaś do Interstellar.

Myśl przewodnia w czwartym Thorze jest bardzo zbieżna z tezą, na której opiera się film Nolana – miłość to potężna siła, która pozwala dokonywać rzeczy niemożliwych. Fakt, że Jane Foster w jednej z pierwszych scen odnosi się do tego tytułu, a nawet wprost go poleca, to ewidentny ukłon Waititiego w stronę kolegi po fachu. Dotychczas chyba tylko twórcy WandaVision oraz Sam Raimi w sequelu Doktora Strange’a pozwolili sobie na tak swobodne cytowanie dzieł spoza uniwersum Marvela.

Advertisement

thor: miłość i grom

3. Łączenie stylów, mieszanie gatunków

Każdy film superhero powstaje na styku różnych gatunków, jednak żaden nie stanowił jeszcze takiej mieszanki wybuchowej. Thor: Love and Thunder łączy w sobie elementy nastrojowego horroru, absurdalnej komedii, filmu fantasy, dramatu rodzinnego, rom-comu i melodramatu. Na podziw zasługuje zręczność, z jaką Waititi przeskakuje między różnymi konwencjami, fundując widzom emocjonalny rollercoaster.

Film otwiera ściskająca za gardło scena, podczas której Gorrowi umiera na rękach jego kilkuletnia córeczka. Chwilę później widzimy, jak zrozpaczonego ojca wyśmiewają okrutni bogowie i jak zmienia się w pozbawionego litości mordercę. Mija kilka minut i na ekranie pojawia się Korg, który snuje przezabawną opowieść o przygodach kosmicznego wikinga Thora. Publiczność, która przed momentem płakała nad losem mężczyzny obejmującego grób własnego dziecka, teraz płacze już ze śmiechu.

Advertisement

Takie zmiany nastroju pojawiają się tu regularnie, jednocześnie wątek miłosny dojrzewa wraz z uczuciem Thora i Jane. Scena ich spotkania po latach to klasyczna farsa. Gdy niecałe dwie godziny później Potężna Thor ostatkiem sił przybywa na pomoc ukochanemu, by następnie skonać w jego ramionach, nie ma już miejsca na żarty. Ale nie ma też miejsca na patos. Waititi wie, że przesadna powaga wywołuje śmieszność i bardzo często właśnie w ten sposób osiąga efekt komiczny. Jednocześnie jest mistrzem minimalizmu, gdy opowiada o sprawach istotnych. Podczas finałowej bitwy z Gorrem z ust Thora pada tylko jedno słowo: „Jane…”. I to wystarczy, by oddać cały tragizm sytuacji.

thor i jane

4. Odważne wybory estetyczne

Filmy Marvela zazwyczaj cechuje przezroczystość formy. Skrzący się jaskrawymi kolorami i oślepiający fajerwerkami Ragnarok, który przypominał kosmiczny jarmark z lat 80., był pod tym względem wyjątkiem na tle swoich poprzedników. Nie inaczej jest w przypadku Miłości i gromu. Plastikowa scenografia, tandetne kostiumy i przesadnie sztuczne tła są efektem świadomej decyzji Waititego, a nie braku zmysłu estetycznego. Mają podkreślać absurd przedstawionych na ekranie sytuacji i tym samym podbijać ich komizm. Podobną rolę odgrywa pleonastyczna muzyka – Only Time Enyi, gdy Thor chce dać sobie czas na odnalezienie spokoju ducha, Paradise City Guns N’Roses, gdy odwiedzamy Nowy Asgard, czy Our Last Summer zespołu ABBA, gdy przyglądamy się wspomnieniom szczęśliwego związku Thora i Jane.

Advertisement

Kiedy jednak na scenę wkracza Gorr, robi się śmiertelnie poważnie. Jego kostium jest minimalistyczny, charakteryzacja dopracowana w każdym calu. Cienie, które rzuca, przeszywają dreszczem, a planeta, na którą ściąga głównych bohaterów, spowita jest tak głębokim mrokiem, że nie ma na niej nawet kolorów. Przedstawiając filmową Krainę Cieni, Waititi nawiązał wizualnie do klasyków kina niemego – ekspresjonizmu niemieckiego i wspomnianego wyżej dzieła Meliesa z 1902 roku.

To estetyczne zróżnicowanie jest najlepszym dowodem na to, że w pozostałych scenach mamy do czynienia z czystym kampem. Stanowi też dodatkowy nośnik treści na temat świata bogów i otoczenia Gorra.

Advertisement

thor miłość i grom

5. Boska krew i wirtuozerska choreografia walk

Film Waititiego to jednak nie tylko celowy kicz i bazujący na klasyce kina mrok. Na ekranie możemy podziwiać wiele pięknych rzeczy – poza twarzą Tessy Thompson, włosami Natalie Portman i pośladkami Chrisa Hemswortha są to sceny akcji, które zapierają dech w piersiach. Sposób poruszania się walczących postaci, gracja, z jaką korzystają ze swojego oręża, i charakterystyczne pozy, w których zastygają – często skąpani w złotej, boskiej krwi – to prawdziwa uczta dla oczu.

Na szczególną uwagę zasługuje pod tym względem zachwycająca scena walki we Wszechmieście. Poprzedzająca ją konfrontacja Thora z Zeusem to zaś kolejny świetny dowód na to, jak przemyślanie Waititi skonstruował swój film. W tym przypadku – wizualnie kontrastując piękno i wielkość Thora ze śmiesznością i małostkowością jego idola.

Advertisement

Walkiria

6. Niewymuszona inkluzywność

W ostatnich latach Marvel stara się wprowadzać do swoich filmów wątki dotyczące postaci LGBT+, stawia na różnorodność etniczną obsady i podkreśla równość płci. Nikomu nie przychodzi to jednak z taką łatwością i lekkością jak Taice Waititiemu. Twórca, który na co dzień walczy z rasizmem, wspiera mniejszości i redefiniuje pojęcie męskości, traktuje homoseksualność i wielokulturowość jako kwestie zupełnie naturalne i z taką samą naturalnością przedstawia je w swoich filmach.

Dlatego kiedy dowiadujemy się, że Walkiria wciąż nie otrząsnęła się po śmierci ukochanej, widzimy dzieciaki z Asgardu o BARDZO różnych kolorach skóry i podziwiamy, jak dwie dzielne wojowniczki ratują skórę mocarnego Thora, nie mamy poczucia, że coś zostało tu wepchnięte na siłę, tylko po to, by wpisać się we współczesne trendy. Waititi jest po prostu twórcą, który doskonale rozumie współczesny świat i sam przyczynia się do tego, by zmieniał się na lepsze.

Advertisement

walkiria i jane

7. Autorska wizja reżysera

Taika Waititi to również twórca, który z gigantycznym dystansem podchodzi do materiału źródłowego i choć posłusznie odhacza wszystkie etapy podróży bohatera, niespecjalnie przykłada się do tego, by jego filmy popychały do przodu akcję Kinowego Uniwersum Marvela jako całości. W Miłości i gromie, poza równie odklejonymi od głównego nurtu Strażnikami Galaktyki, nie występują żadni bohaterowie spoza świata Thora. Nie dzieje się też nic, co miałoby realny wpływ na rozwój wydarzeń w pozostałych produkcjach franczyzy. Może to być irytujące dla fanów klasycznego kina superbohaterskiego, ale czwartej części Thora dużo bliżej do Jojo Rabbit niż do Iron Mana.

Reżyser i scenarzysta, który 5 lat temu musiał przekonać Kevina Feige’ego, że warto w niego inwestować, dziś jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi filmu na świecie. Dlatego tym razem pozwolił sobie na jeszcze większą swobodę twórczą niż w przypadku Ragnaroku. I być może dlatego wywołał dezorientację u tak wielu widzów i recenzentów.

Advertisement

Walkiria przybywa na pole bitwy na majestatycznym pegazie przyodziana w piżamę, a potężny Zeus ma na sobie zwiewną spódniczkę mini, gdy przewodniczy spotkaniu wszystkich bóstw świata. Dwójka potężnych superherosów prowadzi pogawędkę o jeżdżeniu na wrotkach na pokładzie statku wycieczkowego ciągniętego przez dwie kosmiczne kozy. I wreszcie w finałowej walce bierze udział zgraja dzieciaków, wyposażona w złom, zabawkowe różdżki i pluszaki. Można to lubić albo przewracać oczami, ilekroć Thor próbuje odzyskać miłość Mjolnira, wywołując jedynie zazdrość Stormbreakera. Można też ciężko wzdychać, kiedy autor, zamiast zmuszać widzów do zastanawiania się, co tak naprawdę miał na myśli, wykłada kawę na ławę.

Nie należy jednak oczekiwać, że dostaniemy od twórcy Co robimy w ukryciu cokolwiek innego. Piękno filmów Waititiego zawsze tkwi w połączeniu szalonych pomysłów z absolutną prostotą. W przekazywaniu wielkich emocji w najbardziej prozaiczny sposób i opowiadaniu o największych bzdurach ze śmiertelną powagą. A także w tym, że niezależnie, jak bardzo nas nastraszy czy zrani, zawsze możemy czuć się w jego świecie bezpieczni. I znów – można to lubić lub nie, ale mylenie autorskiego sznytu z banałem i chaosem jest w tym przypadku dużym błędem.

Advertisement

thor: miłość i grom

8. Wyjątkowy heros i perfekcyjny złoczyńca

To, w jaki sposób Waititi przedstawia protagonistę i antagonistę, to kolejny przejaw jego unikatowego stylu. Wielu fanów MCU nie lubi Thora, widząc w nim przygłupiego osiłka, który potrafi jedynie wymachiwać młotkiem i rozkochiwać w sobie kobiety. Faktem jest, że w pierwszych filmach bóg piorunów nie był nikim więcej. Waititi dobudował jednak do tego drugie dno i dał swojemu bohaterowi możliwość rozkwitania i ewoluowania. W Ragnaroku odebrał mu wszystko, co znał i kochał, by mógł wreszcie nabrać charakteru. W Miłości i gromie pozwolił mu dojrzeć i zdobyć się na najwyższy akt heroizmu.

Thor nadal przez większość czasu zachowuje się jak kretyn, ale reżyser nie pozostawia wątpliwości, że to efekt jego boskiego wychowania i że w ten sposób ukrywa swoje lęki i potrzeby. Jego ciało jest dosłownie posągowe, a sprawność na polu bitwy przedstawiana jest w groteskowy wręcz sposób. Jednak piorunujące wrażenie robi nie wtedy, gdy w pojedynkę pokonuje całą armię wroga, lecz wtedy, gdy jest prawdziwy i otwarcie mówi o swoich uczuciach. To szacunek, jakim darzy ukochaną i jej decyzje, a nie nadludzka siła i zjawiskowa rzeźba, czynią z niego prawdziwego mężczyznę.

Advertisement

Nawet najwybitniejszy heros nie ma jednak szans w pełni rozwinąć skrzydeł, jeśli brak mu godnego przeciwnika. Thor jest w tym przypadku szczęściarzem, gdyż Waititi sprezentował mu jednego z najlepszych złoczyńców w historii kina superhero. Gorr, rzeźnik bogów, jest postacią przerażającą, groźną i tragiczną, a do tego świetnie zagraną przez Christiana Bale’a. Miarą jakości antagonisty zawsze jest to, jak zrozumiałe są jego pobudki i intencje. Gorr stracił dziecko, bo wierzył w bożą opatrzność. Jego modlitwy nie zostały wysłuchane.

Bóg, któremu zawierzył, okazał się próżny i okrutny. Nie dziwi więc, że poprzysiągł zemstę na wszystkich bóstwach, które nie dbają o swoich wyznawców. Bogobójca budzi w równym stopniu grozę, co zrozumienie i współczucie.

Advertisement

Gorr

Fantastycznie zostały zbudowane analogie między Gorrem i Thorem, gdyż obaj zawiedli się na bogach, którym powierzyli swój los. Jeszcze bardziej widoczne są paralele między Gorrem a Jane, którym magiczna moc daje siłę i przedłuża życie, jednocześnie wyniszczając każde z nich od środka. W ostatecznym rozrachunku ważne będzie jednak nie to, kto władał potężniejszym orężem, lecz to, kto potrafi zdobyć się na głęboko ludzkie odruchy.

9. Niepowtarzalna scena kulminacyjna

W ten sposób przechodzimy do sceny finałowej, w której skupiona jest cała siła i sens filmu Waititiego. Ostateczne starcie między dwoma Thorami i Gorrem kończy się obopólnym zwycięstwem, ale nie dlatego, że Jane rozbija Nekromiecz przeciwnika, a Gorr osiąga swój cel i dociera do Wieczności. Zarówno kobieta, jak i złoczyńca umierają. Każde z nich w ostatnich chwilach decyduje się jednak na akt miłosierdzia. Gorr porzuca krwawą krucjatę i wybiera miłość. Jane przekonuje Thora, by zdobył się na prawdziwy heroizm, wybrał życie i adoptował córkę mężczyzny, przez którego zginęła jego ukochana. Superbohaterowie i bogowie, na których są wzorowani, niejednokrotnie poświęcali się dla swojego ludu. W Miłości i gromie poświęcenie zyskuje jednak zupełnie nowy wymiar.

Advertisement

10. Krytyka religii i głęboko humanistyczny przekaz

Przesłanie filmu, które wiąże się z przebaczeniem, odkupieniem i afirmacją życia, może kojarzyć się z religijnym oświeceniem, jednak Waititi daleki jest od wychwalania boskiej potęgi. Wręcz przeciwnie. Miłość i grom to rzadki przykład kina rozrywkowego, które w tak jednoznaczny sposób krytykuje religię. To wręcz zadziwiające, że tak odważne tezy pojawiają się w ramach uniwersum Marvela, które praktycznie nigdy nie zajmuje się komentowaniem rzeczywistości.

Czujni widzowie już w Ragnaroku mogli dostrzec przebłyski antyreligijnej postawy reżysera. W Miłości i gromie po prostu nie da się jej przeoczyć. Film otwiera scena, która pokazuje, że modły nie mają sensu, a za cierpienie nie spotka nas żadna wieczna nagroda. Gorr staje przed obliczem boga i zostaje odarty ze wszelkich złudzeń. Kiedy przypomina swojemu panu, że jest jego ostatnim wyznawcą i że już nikt w niego nie wierzy, dowiaduje się, że „Przyjdą następni. Zawsze przychodzą”. W pierwszej scenie po napisach wściekły Zeus uskarża się, że niewdzięczny lud spogląda dziś w niebo, nie myśląc o swoim bogu, lecz wypatrując superherosów, co jest pięknym nawiązaniem do tego, o czym powstała już niejedna praca naukowa – współcześni konsumenci popkultury sferę sacrum znajdują w komiksach lub filmach, a nie w kościołach.

Advertisement

Można oczywiście uważać, że to tylko kpina z pradawnych politeistycznych religii, jednak nie widzę żadnego powodu, by twórca pokroju Waititego zajmował się sprawami, które nie są aktualne od tysięcy lat. O ateistycznym przekazie dzieła świadczy zresztą nie tylko opisana klamra spinająca film, lecz także wiele innych dialogów i scen, w tym najważniejsza – w boskim Wszechmieście. Na jednym walnym zgromadzeniu Waititi gromadzi Zeusa, Thora, egipskiego boga Ra, boginię Bast, którą czci lud Wakandy, a także boga pierożków i pewnego słynnego cieślę, stawiając znak równości między wszystkimi znanymi ludzkości bóstwami.

W tym uniwersum najwyższym z najwyższych jest grecki władca nieba i ziemi, który woli zajmować się orgią i rozstrzygnięciem konkursu na boga, któremu złożono najwięcej ofiar z ludzi, niż realnymi problemami maluczkich. Nie obchodzą go sprawy zwykłych ludzi czy nawet pomniejszych bóstw, co można odczytać zarówno jako krytykę religii, jak i wszystkich możnych tego świata.

Advertisement

I wreszcie, moralne zwycięstwo Thora i to, że wskazuje Gorrowi drogę do odkupienia, nie jest efektem jego boskiego miłosierdzia, lecz ludzkiego odruchu serca, którego nauczyła go Jane. Mówi o tym zresztą otwarcie, gdy wyznaje ukochanej, że to ona uczyniła go godnym. To nie Thor bóg, lecz Thor człowiek „nawraca” Gorra na dobro i miłość. Reżyser zdaje się w ten sposób sugerować, by zamiast spoglądać w niebo, zajrzeć w głąb siebie, bo najwyższe wartości są domeną ludzi, nie bogów.

thor 4 recenzja

To bardzo mocny i głęboko humanistyczny przekaz polemizujący z krzywdzącymi tezami na temat ateistów, którzy zdaniem niektórych środowisk nie posiadają żadnego kompasu moralnego i nie potrafią odróżnić dobra od zła. To też kolejny dowód na to, że Taika Waititi jest wrażliwym i empatycznym twórcą, który jak nikt inny potrafi łączyć to, co pozornie się wyklucza, i za fasadą wygłupów kilkulatka konstruować głębokie, pouczające historie. Wszystko to sprowadza się zaś do jednego wniosku – najnowszy film Waititiego to najbardziej wyjątkowe dzieło Marvela.

Advertisement

Film Thor: Miłość i grom można oglądać w kinach od 8 lipca 2022 roku.

Advertisement

Miłośniczka twórczości Tarantino, Nolana, Waititiego, kina superhero i serialu „The Office” (US!) wychowana na „Władcy pierścieni” i „Zabójczej broni”. Za synonimy filmowego arcydzieła uważa „Fight Club”, „Bękarty wojny” i „Incepcję”. Jej najnowszą miłością jest „Batman” Matta Reevesa. Na przekór stereotypom dotyczącym osób po szkołach filmowych, ponad wszystko kocha kino mainstreamowe i wszelkie toczące się w jego ramach gry intertekstualne. Nienawidzi wydumanych dialogów, papierowych postaci i kiedy twórcy wątpią w inteligencję widza.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *